Parafia pw. Św. Bartłomieja Apostoła w Szczekocinach

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki
Główna e-Ambona Świadectwa „Wystarczy ci mojej łaski”

„Wystarczy ci mojej łaski”

Email Drukuj PDF

Rozmowa z siostrą Anną Bałchan ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej w Katowicach

Małgorzata Gadomska: Kościół rozpoczął przygotowania do Triduum Paschalnego. Jakie doświadczenie przynosi siostrze ten czas?

Anna Bałchan: Triduum Paschalne jest czymś, co wraz z wiekiem, coraz bardziej odkrywam. Jest dla mnie jednym jedynym przesłaniem: Tak bardzo Cię umiłowałem, że pozostawiłem siebie w tajemnicy chleba. Tak bardzo Cię umiłowałem, że dałem moc ludziom, kapłanom, by uwalniali cię z Twoich ran. Dałem sakrament kapłaństwa i uzdrowienia. I samą świadomość, że możesz przebywać, niezależnie od tego, jakie jest Twoje samopoczucie w danym momencie. To jest zupełnie nieistotne, czy ci się nic nie chce, czy czujesz w sobie pustkę – obojętnie, co by to nie było, masz cudowną możliwość przebywania z Nim i masz tu swoje miejsce. Każdy. Ta tajemnica była dla mnie niesamowicie odkrywcza. Ja mam swoje miejsce. W całym Triduum Jezus uwalnia mnie od szatana. Wielki Post to jest czas, w którym człowiek szczególnie doświadcza wahań duchowych, kiedy czuje się silniejsze ataki, kiedy przychodzą ci do głowy tak głupie myśli, jak na przykład niszczenie relacji. Doświadczamy pędu do niszczenia...

M.G.: Zwłaszcza do autodestrukcji.

A.B.: Tak, i to trzeba wytrwać. I nagle przychodzi ulga, balsam, i jest nim moment Zmartwychwstania. To jest właśnie Wielkanoc, to znaczy Wielka Noc. To jest sfera ducha, która jest bardzo mocna. Fenomenem diabelstwa jest to, że człowiek może się nad tym nie zastanawiać, że może skupić się tylko na kurczakach, jajach, ozdobach. A diablisko jest przebiegłe... Działa, używając naszej pychy, uderzając do naszej ambicji. Jedną z największych pułapek jest udowadnianie sobie samemu, że nie jestem taki zły, nie jestem tym najgorszym, że mam swoją wartość. Udowadnianie sobie. A to się równa wykonywaniu mnóstwa działań, które jeśli nie są w równowadze, zaczynają być destrukcyjne. Nie musisz pić alkoholu, ćpać narkotyków, nie musisz wyniszczać się seksem czy poprzez tysiące różnych związków, by zafundować sobie autodestrukcję. Czasami obezwładnia i odbiera nam siły również uczucie, że nie możemy być szczęśliwi. I właśnie dlatego nie umiemy się cieszyć. Nie umiemy się cieszyć codziennością.

M.G.: W którym momencie siostra (kiedyś Anna Bałchan uczennica technikum w klasie obróbka-skrawania) usłyszała Boże wezwanie i jaką drogę musiała przejść, żeby znaleźć się w tym miejscu?

A.B.: Na to nie mogę wprost odpowiedzieć. To jest tajemnica. To tak jakbyś miała powiedzieć o najbardziej intymnej, najbliższej relacji. Nie wypowiesz tego...

M.G.: Rozumiem. Pamiętam, że w pierwszym dniu rekolekcji u oo. dominikanów w Krakowie próbowała siostra unaocznić model rodziny przy pomocy kilku kobiet, uczestniczek rekolekcji. Na końcu poprosiła je siostra, żeby określiły, co wydaje im się najważniejszym spoiwem ich własnych rodzin. Jedna z dziewcząt odpowiedziała, że jest to miłość. Siostra dłuższą chwilę czekała na jakieś dopowiedzenie z jej strony, ale ona nie potrafiła nic więcej wyrazić...

A.B.: Drogą jest to wszystko, co nas tworzy, dotyka – rodzina, samoświadomość... Ale początek, pierwsza przyczyna, to jest to, że zostałam uwolniona przez Jezusa od stawania się. Stawanie się. My się stajemy. Człowiekiem, kobietą. W naszych czasach, czy w ogóle opłaca się być kobietą? Teraz funkcjonuje taki model, że baba musi być silna. Widzę billboard, który mnie rozśmiesza i przeraża jednocześnie: businesswoman w biznesowym uniformie, dziecko przy piersi, telefon w uchu. Albo opiekuję się dobrze dzieckiem, albo pracuję.

M.G.: W gotowości do podjęcia się wszystkiego, przez to tak na prawdę nigdzie.

A.B.: Dla mnie – to ogromny dramat.

Wracając do tego, co się stało z moją drogą: najpierw człowiek jest niewolnikiem tego, by być kochanym. Natomiast kiedy otrzymujesz dar i czujesz, że jesteś kimś wyjątkowym, bierzesz Słowo i ono cię porusza. Otwierasz Ewangelię, a tam jest napisane: Jesteś moim umiłowanym dzieckiem i mam dla ciebie rewelacyjny plan. I nie tylko czytasz te słowa, ale to cię naprawdę dotyka. I nasza umowa była taka, że On mnie pilnuje. Żebym miała siłę wstać i zawrócić, kiedy wejdę w jakieś krzaki. I nie należy tego rozumieć jako prośby: Panie spraw, żebym nigdy nie popełniała błędów. Jesteśmy skażeni przez grzech. Ale nasze kryzysy, nasze rany nas kształtują. Zawsze zastanawiało mnie to, że kiedy święty Paweł prosił Jezusa, by ten wziął oścień z jego ciała, usłyszał tylko: „Wystarczy ci łaski mojej” . Nasze stawanie się jest wpisane, byśmy mogli wzrastać. I to w wolności. Dlaczego? Gdybyśmy nie mieli wolności, bylibyśmy zaprogramowani... Ale miłość jest wolna, ona zakłada wybór.

M.G. Dzięki miłości powoli możemy akceptować w ciągu życia oścień, który Pan Bóg w nas zostawia, którego celowo nie usuwa.

Matthias Grünewald namalował w 1515 roku ołtarz dla leprozorium w Isenheim. Mieli na niego patrzeć żyjący tam trędowaci. Ukrzyżowane ciało Chrystusa z centralnej sceny jest ciałem trędowatego. Jezus i trędowaty w chwili modlitwy przed takim ołtarzem musieli stanowić jedno.

Gdyby siostra mogła namalować Chrystusa, który przynosi ulgę ludziom, którym towarzyszycie, jakby On wyglądał?

A.B.: Powiem, jak wygląda mój Jezus, bo On jest. On patrzy na mnie z miłością. Widzi we mnie piękno. My widzimy nasze pomyłki, nasze grzechy, prawda? Natomiast On widzi naszą miłość i piękno. Nawet jeślibyśmy się totalnie stoczyli, On po prostu patrzy z miłością. To jest to, co szczególnie mnie porusza w Ewangelii: Bóg patrzy na Lewiego, na wszystkie Magdaleny, patrzy na młodzieńca, ale to jest takie spojrzenie... wiesz... jak patrzysz na swoje dziecko, które bawi się, rzuca ci zabawki, a ty je podnosisz i znów mu je podajesz. To jest proces, w czasie którego dziecko się uczy, wychowuje, i, choć może ci być miejscami ciężko, nie złościsz się. Jezus patrzy na nas w taki sam sposób. Moja droga to droga przebywania w Nim, odchodzenia, kłócenia się, to jest cały czas dynamiczna relacja. Ja wciąż z nim dyskutuję. To jest cały czas dbanie o relację, ale oczywiście On bardziej do mnie wychodzi, a ja się czasami obrażam. Myślę, że to musi Go bardzo rozbawiać...

M.G.: Bóg – jak mądry rodzic. Patrzy na dziecko z rozczuleniem, z dystansem. Jednak przy całej sympatii do nas, również w sposób bardzo konkretny nas wychowuje.

Kobiety, którym siostry towarzyszą[1] – zdarza się pewnie często, że nie chcą was słuchać. Jak radzicie sobie z murem, ze zobojętnieniem?

A.B.: To, o czym teraz powiem, mamy w Stowarzyszeniu głęboko przemyślane. To nie jest tylko moje zdanie. Człowiek ma prawo wyboru, my stawiamy pewne zasady, czyli granice, ponieważ w miłości bardzo ważne są granice. Jeśli patrzysz w kategorii matka – dziecko czy rodzic – dziecko, to wiesz, że nie powinno ono wkładać palców do prądu, bo to się równa śmierci. My również mamy pewne elementarne zasady, których się trzymamy. Z drugiej strony, jeżeli człowiek nie potrafi czegoś zrobić, to znaczy, że to nie jest jego czas. Wtedy odpuszczamy. Nie mamy poczucia, że głosimy prawdę objawioną. Bóg i człowiek ma swoją drogę, swoje miejsce spotkania. To Bóg go kocha. A my jesteśmy tylko narzędziem. Czasami bardzo tępym narzędziem. Na mnie samą podziałało dopiero to, kiedy w konfesjonale ksiądz zagrzmiał: „To niech ci się zachce!”. Najpierw się obraziłam, ale do dziś słyszę słowa „niech ci się zachce!”. I mam świadomość, że jeśli mi się nie zachce, wszyscy mogą stawać na rzęsach. Każdy ma swój własny czas dorastania. A ja nie jestem Bogiem, żeby go oceniać. Jesteśmy po to, aby towarzyszyć, by być. Nie mam w zwyczaju przychodzić do czyjegoś domu z wizytą i meblować mu mieszkania: kolor tej ściany mi nie pasuje, te meble powinny stać w innym miejscu... Dla mnie ogromną tajemnicą są historie tych kobiet, to co przeszły... Trzeba szanować je i pamiętać o tym, że twój świat nie jest moim światem. Tu trzeba mieć ogromną wrażliwość i wyczucie. Natomiast jeżeli chcemy pomagać w taki czy inny sposób, musimy stosować się do pewnych zasad. Jeśli ktoś potrafi w nie wskoczyć, jest gotowy do samodzielnego funkcjonowania. Oczywiście modlimy się też o moment uzdrowienia, bo moje poczucie własnej godności i wolności to coś, co mam w środku, tego nie da się wyćwiczyć. Przebywam w Bogu i proszę o łaskę, żebym jej doświadczyła, żebym nie stawała się niewolnikiem. Żebym nie miała duszącej przyjaźni. Bo Bóg sam wobec mnie jest cierpliwy i delikatny... Wolność w tym wszystkim. I tylko Bóg daje mi taką moc, żebym mogła być sama ze sobą, żebym mogła to, co boli, ponieść.

M.G.: Dzieci ulicy. Jak długo siostra z nimi pracowała?

A.B.: Parę lat. Parę lat uczyliśmy się tej ulicy, uczyliśmy się bycia. „Uczę się ciebie człowieku. Uczę się ciebie powoli”...(śmiech). Jesteś w miejscach, w których dzieciaki żyją i czekasz, aż cię zaproszą, chociażby do wspólnej gry. Wiadomo, że można to zrobić inwazyjnie, ale to my mamy uczyć je szanowania granic, i tego, by poczuły, że coś mogą, że na cokolwiek mają wpływ. Trzeba im to pokazać. Wszystko musi być autentyczne. Żadnych technik. Dzieci doskonale i błyskawicznie je wyczują. I ja sama tutaj uczę się prawdy o sobie. Praca z drugim człowiekiem to naga prawda o sobie. Zanim zaczniesz pomagać drugiemu, musisz zacząć przerabiać samego siebie.

Bo życie to taka dyscyplina sportu, w której nie ma miejsca na oszustwo. Albo jesteś autentyczny, albo nie. Jeśli mówisz – mów z serca, ze swego doświadczenia. To jest podwójna mowa. Pierwsza mowa słów i języka – tego, co zewnętrzne, co widzisz i słyszysz, ale druga to twój duch, to czym się dzielisz. To miłość – i to naprawdę działa. Na ulicy jest tak samo. Nie wchodzisz inwazyjnie. Praca polega na mówieniu dobrych słów, wyrażaniu tego, co mi się w zachowaniu dzieci podoba. Gdy gramy w piłkę nożną, trzeba mówić: podobało mi się, że zagrałeś fair. Choć oczywiście dzieci nie zawsze potrafią to przyjąć. Śmialiśmy się z tego, że to, co jest niezbędne w pracy pracownika ulicznego, to maść na obrzęki (śmiech).

Praca z chłopcami, z dzieciakami, to były fantastyczne momenty. Uczyliśmy się, jak słuchać człowieka. Bo dziecko nie powie ci tego, że w domu była awantura, że ktoś je wykorzystuje seksualnie, ani tego, że jesteś kimś ważnym. Pamiętam, że kiedyś starsi chłopcy, zazdrośni o to, że zbyt dużo czasu poświęcamy młodszym dzieciom, weszli na kosz i uparli się, że nie zejdą i że nie będą grać. Nie pomogły żadne moje groźby.

Cała dynamika ulicy polega na tym, że tam nie ma najmniejszego znaczenia, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Dzieci same cię zapraszają do domu. Czujesz, że otrzymałeś prezent. Dar. Dar spotkania, dzielenia się swoim ubóstwem, na które pracownik ulicy nie zwraca uwagi. Najważniejsze są relacje. Oni cię zaprosili do swego domu, takiego, jaki jest, i szanujesz to, siadasz, cieszysz się autentycznie, że zaprosili cię do swojego świata. Natomiast, żeby mogły zajść tam jakieś zmiany, trzeba bardzo dużo czasu. Musisz mieć szacunek do rodziców tych dzieci, po to, żeby dzieci mogły coś wziąć. Muszą czuć autentyczny szacunek do ich losów, bo oni na swoją miarę starają się, żeby było dobrze. Jeżeli przychodzisz do nich i nie mówisz „chcę, żebyś się zmieniał”, wówczas one mogą zaczerpnąć nowego funkcjonowania, wziąć od ciebie jakieś wartości. Dla wielu dzieci już samo ukończenie szkoły czy wyjście z tego getta jest rewelacją. Na pewno był to dla mnie, dla nas wszystkich, czas wielu doświadczeń, czas wymagający, ale fantastyczny.

M.G.: Co takiego jest w dzieciach, że Jezus zachęcał, byśmy się stawali jak one?

A.B.: Dziecko nie jest jeszcze skażone powinnością. To my je uczymy, co powinny, a czego nie. Uczymy je kombinować. Dziecko samo z siebie jest autentyczne. Nie ocenia swojej mamy czy taty, ono po prostu ich kocha. Nawet jeśli rodzic krzywdzi dziecko, ono jest z całą ufnością ku niemu skierowane. Bezwzględne zawierzenie, ufność i szczerość. Komunikaty dzieci są jasne i czytelne. To my dorośli czasami odczytujemy je niewłaściwie. Konieczne tu jest stosowanie się do prostej zasady: o rzeczach normalnych mów normalnie. O seksualności, o macierzyństwie, o ojcostwie, o funkcjonowaniu ciała. Mówić do dzieci w sposób prosty, ale nie wulgarny.

Mam w pamięci również trudne doświadczenia, kiedy człowiek nie mógł sobie poradzić ze swoją bezsilnością, z wyborami ludzkimi, kiedy kogoś musiałeś odprowadzić na cmentarz, bo i takie momenty były... Chwile, w których nie zgadzamy się na śmierć, na cierpienie. Nie ma w nas na to zgody. I jeśli nie zaufać Jezusowi, który zwyciężył śmierć, zło i daje życie... Jeśli myśleć, że to jest jedyna droga – to nic nie ma sensu. Miłość nie ma sensu. Po co miałabym się angażować, przyjaźnić, jeślibym traciła to wszystko w momencie śmierci. Jeśli to wszystko nie ma wymiaru wieczności, to nic nie ma sensu! Dla mnie nie. Mówię do Jezusa: chcę widzieć Twoje cuda, nie sprzed dwóch tysięcy lat, ale teraz. Ja Tobie zawierzam i chcę je zobaczyć. I widzę! I widzę!

Bóg przewidział dla każdego jego własną drogę, i choć nie wiem, co będzie, jednego jestem pewna: będzie przy mnie i jedno wiem: cokolwiek się dzieje, ma to wymiar wieczny. Każdy człowiek staje się. Ja widzę, jak On uzdrawia ludzi, trzeba mu tylko pozwolić działać. Ja po ludzku powinienem robić, co mogę, a On robi w tym samym czasie coś niesamowitego. Ja widzę jak On dotyka ludzi, jak ich uzdrawia, że to, co jest stracone z punktu widzenia psychologii, dla Niego jest możliwe!...

M.G.: Co pewien czas świat ogarnia obsesja odniesienia sukcesu i lęki przed bliżej nieokreśloną porażką.

A.B.: A czym jest sukces?

M.G.: Tego do końca nie wie ten, który sukces chce osiągnąć. Ale wszystko dokoła mówi mu, że musi biec, by w życiu nie ponieść fiaska.

A Jezus dość radykalnie mówi: „Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy” (Łk 14, 12–14). Bóg umiłował tak bardzo biedotę tego świata, że zesłał Syna. Co znaczą te słowa?

A.B.: To my jesteśmy tymi ułomnymi, biedotą. Jeśli zawierzymy Bogu, to zaczyna On pisać prosto po krzywych liniach. Wierzę, że Bóg ma moc przemienić wszystko złe. Ja to czytam w ten sposób, że my wszyscy jesteśmy poranieni i potrzebujemy drugich osób. Potrzebujemy przede wszystkim Jezusa, którego zaprosimy do tego wszystkiego, na naszą ucztę. To tak na prawdę jest impreza dla nas wszystkich.

M.G.: Chociaż gdyby doszukać się źródła słowa „ubogi” to okazałoby się, że to „taki, który został odsunięty od swego udziału, który nic nie otrzymał”...

A.B.: A gdyby popatrzeć na to słowo jeszcze inaczej: ktoś, kto jest ubogi, jest „u Boga”. Sam ma świadomość tego, że niewiele ma. Dlaczego Jezus mówi, że prześcigną nas złodzieje i jawnogrzesznice, a my będziemy zapatrzeni w swój kaganek?...

M.G.: Pokora.

W Wielki Czwartek celebrans obmywa stopy dwunastu mężczyznom. To zawsze porusza wiernych. Przypomina o trudnym zadaniu, przykazaniu miłości bliźniego. Czy na ulicy siostra pozwala samej sobie umywać stopy?

A.B.: Tak, wymieniamy dary między sobą. Przychodzę, a ktoś mówi: „Zrobię siostrze kawę”. Jeśli ktoś po prostu posprząta, to jest to również dla mnie prezent. Oczywiście nie jest moją rolą, żeby kobiety czy dziewczęta się mną opiekowały, ale faktycznie, jeżeli czuję, że potrzebuję – idę po pomoc do innych. Wiele się od nich uczę. Często potrafią mnie zawstydzić.

Mycie stóp. Ważne jest to, żeby umieć obmyć, żeby być, towarzyszyć, a jednocześnie też pozwolić sobie samemu na obmycie. Dla mnie zawsze łatwiej być w tej pierwszej roli: ja daję. Trudnością jest przyjęcie pomocy. Powiedzenie sobie: ja potrzebuję obmycia. Kiedy ojciec Ryszard w naszej klasztornej kaplicy podchodzi do nas, chcąc nam obmyć nogi – czuję skrępowanie. W jakim stanie są moje stopy? Po drugie: tu chodzi o dotyk! To jest dotknięcie stopy, łączy się to z poruszeniem czysto cielesnym. Tu nie mamy do czynienia z podaniem dłoni, ale umyciem bardziej intymnej części ciała.

M.G.: W czasach Jezusa ten akt musiał być zaskoczeniem. W czasie Paschy dokładnie w tym momencie, kiedy Jezus obmył uczniom stopy, Żydzi umywali ręce.

A.B.: A dlaczego stopy? Bo to symbol sługi. To symbolika oczyszczenia pyłu palestyńskiej drogi. A Jezus obmywa go i mówi: Wy też tak róbcie. Nie oceniajcie. Po prostu obmywajcie. Bądźcie służebnymi. Służcie sobie nawzajem. Kochajcie, ale z mądrością. To nie może być miłość głupia. Miłość jest wymagająca. Miłość stawia granice. Miłość pozwala na zranienia. To, że ktoś skorzysta z naszej pomocy, powinniśmy odbierać jako łaskę. Nie wyobrażam sobie pracy, w ogóle życia, bez wspólnoty. Potrzebuję jej wsparcia.

Poza tym, staram się żyć. Przeciętna krajowa... (śmiech). I w krzyku i w niemocy. Czasami mam wszystkiego dosyć, zawalam wiele rzeczy. Czuję żal i czuję się bezsilna. Ale czy to idąc powoli, czy pełzając, wybieram Jego jako swego Pana. I wiem, że On patrzy na mnie zawsze z miłością. Dlatego mam prawo wstać i iść dalej. Dlatego mam prawo stawać obok osób, które są bardzo skrzywdzone. Dlatego mam prawo stać obok nich, nawet jeśli nie mam niczego oprócz siebie. Bo Duch działa.

Rozmawiała: Małgorzata Gadomska

Wywiad z siostrą Anną Bałchan zarejestrowano w Katowicach 20 marca tego roku, w kilka dni po rekolekcjach wielkopostnych. Rekolekcje dla kobiet zostały wygłoszone przez siostrę w klasztorze oo. dominikanów w Krakowie. Wywiad nieautoryzowany.


[1] Siostra jest streetworkerem (pracownikiem ulicy). Otrzymała m.in. Nagrodę im. ks. Józefa Tischnera 2008 w kategorii „inicjatyw duszpasterskich i społecznych współtworzących polski kształt dialogu Kościoła i świata” – za pomoc kobietom i dziewczętom chcącym porzucić prostytucję.

 

 

Krótka modlitwa

Wyłaniasz się wspaniały znad krawędzi nieba, O Atonie żyjący, który dałeś początek życiu. Wschodzisz nad horyzontem i napełniasz pięknem całą ziemię. Ty jesteś wielki i piękny, jaśniejesz nad każdym zakątkiem ziemi, Twoje promienie sięgają do granic świata, który stworzyłeś. Jesteś daleko, ale Twoje promienie ogarniają ziemię. Widzą Cię wszyscy, ale nikt nie potrafi dostrzec Twojej drogi. Jak niezliczone są Twoje dzieła! Są one ukryte przed oczami ludzi, Ty jesteś jedynym Bogiem, bez którego nikt nie może istnieć.

Statystyki serwisu

Odwiedzin ogółem:
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj:347
mod_vvisit_counterWczoraj:549
mod_vvisit_counterTen tydzień:1576
mod_vvisit_counterPoprzedni tydzień:4120
mod_vvisit_counterTen miesiąc:12236
mod_vvisit_counterPoprzedni miesiąc:17993

Gości on-line: 10
Twoje IP: 54.198.165.74
,
Dziś jest: 20 Wrz 2017

Nasz sponsor

Serwis naszej parafii działa na serwerach firmy Online
onlinesc.net


Główna e-Ambona Świadectwa „Wystarczy ci mojej łaski”